piątek, 20 października 2017

Bieszczady jesień 2017 cz.1

Moto ostatki jakimś szczęśliwym meteorologicznym trafem przerodziły się w październikowy moto wypas :)
Pewnego razu podczas sprawdzania prognozy pogody na południu kraju zauważyłem dużą szansę na wielką suchotę i mocne nasłonecznienie przez więcej niż pół dnia.
Zacząłem więc kombinować nad kierunkiem i negocjować czas na który mogę zniknąć.
Kierunki były dwa - Karkonosze i odwiedziny familii, bądź Bieszczady. Padło na te drugie.
Czas dość szybko ustalił się sam - od piątku do poniedziałku.

Jako że jechałem sam, zdecydowałem się na małe "make life harder".
Po pierwsze nie bukowałem żadnych noclegów (planowałem dzwonić z drogi), a po drugie obiecałem sobie przejechanie kilku szutrów i brodów, które ostatnim razem odpuściłem (mam nowe opony, więc liczyłem na to że szansa na panę jest mniejsza).

Na wyjazd zabrałem tylko najpotrzebniejsze rzeczy, tak aby się spakować do kufra i plecaczka. Miejsca było mało (kufer trza by zmienić), więc odzieży przeciwdeszczowej nie zabrałem.
Zamiast bielizny termicznej wziąłem zwykłą bawełnianą (kalesony i podkoszulek z długim rękawem) i dała radę. Dopiero podczas powrotu, przy 20C musiałem zrzucać warstwy.

Ze sprzętu elektronicznego zabrałem dwa telefony (jeden nawigacja+foty, drugi zapis trasy w Locus i ewentualny backup navi), kompaktowy aparat foto i powerbank. Przed wyjazdem zamontowałem na sztywno ładowarkę pod siedzeniem ale z niej nie korzystałem.

Koniec końców i ja i iksjota ze wszystkim poradziliśmy sobie na medal (chociaż maszyna wróciła do domu ranna, ale o tym później).
W tym i kolejnych postach opiszę co się działo (oprócz zdjęć robiłem też notatki...)


Piątek, 13.10
Startuję kwadrans po dziewiątej, kieruję się przez Pszczynę i Wadowice w stronę jeziora dobczyckiego. Pamiętam je z ostatniego wyjazdu moto w Bieszczady, ale tym razem objeżdżam je od południa. Próbuję znaleźć zjazd nad brzeg, ale niestety nie udaje mi się, więc planowany popas przenoszę na tanksztelę w Tymbarku, gdzie robię kawę i knoppersa plus tankowanie w miłym towarzystwie pracowników przybytku. Dookoła mnie fajne górki w jesiennych kolorach. Jest przyjemnie.

Za Limanową zjeżdżam z DK28 by ominąć centrum Nowego Sącza, i trafić na Stary Sącz, gdzie zaczynam jazdę doliną Popradu.
To nie najszybsza trasa w Bieszczady, ale chciałem tędy pojechać by odwiedzić mofetę w Jastrzębiku. O pięknie samej doliny Popradu nie wiedziałem nic, i dopiero pojawiwszy się tam zrozumiałem, że mofeta to pikuś, a sama trasa DW971 była gwoździem programu. Winkle oraz widoki jak z pocztówki.
Zanim było mi to jednak dane uświadczyć trafiłem na korek. Ale nie narzekałem - miałem miejsce w pierwszym rzędzie

Poprad, górki i iksjota
Zaraz po końcu winkli dojeżdżam do mofety

Postój wykorzystuję na małą przekąskę i ogrzanie się w słońcu, które za Starym Sączem w końcu przebiło się przez chmury. Jest przyjemnie, po głowie chodzi mi pomysł na przejechanie wzdłuż Popradu raz jeszcze, ale czas za bardzo na to nie pozwala.
Chcę spróbować dodzwonić się do jakiejś noclegowni, ale zasięgu brak.

Kolejny planowany przystanek to muzeum Nikifora w Krynicy, ale ze względu na brak czasu go odpuszczam. Będzie powód by tu wrócić. Dodatkowo miasto tragicznie rozkopane, korki, wahadła, pył i hałas. Trochę fajnej architektury, ale zdecydowanie nie jest to dobra pora na dłuższe odwiedziny.
Dalej przejeżdżam przez Gorlice, a w Nowym Żmigrodzie (pierwsze miasto w woj. podkarpackim) zatrzymuję się na posiłek. Widzę dwie pizzerie, sprawdzam na Google opinie i idę do "lepszej". To Pizzeria Carina. Jest źle. Jest biednie, ale uczciwie. Za 11PLN dostaję picce oraz napój. Jako że wciąż żyję nie mogę wystawić złej opinii. Różne miejsca mają różne poprzeczki . Takie są nowożmigrodzkie.

Po posileniu dzwonię do trzech przygotowanych noclegowni, ale w każdej telefon pozostaje bez odpowiedzi. Postanawiam spróbować później.

Powoli wjeżdżam w Bieszczady, słońce mam za plecami - pięknie oświetla jesienne góry. Mam ochotę zwolnić by nacieszyć się widokiem, ale wiem że za godzinę będzie ciemno, więc tempo wciąż szybsze. Za Duklą siada mi trochę samopoczucie, gdyż dojeżdżam do zamkniętej drogi na Komańczę z informacją o przekopach w poprzek drogi (na to iksjota się nie pisała). Objazd oznacza 40 min w plecy, czyli szukanie noclegu po ciemku (a także część trasy po zmroku, czego bardzo chcę uniknąć). Przez myśl przechodzi mi powrót do Dukli i nocleg w tamtejszym schronisku. Po raz kolejny dzwonię do zapisanych noclegowni, ale wciąż cisza.
Postanawiam zaryzykować i jechać pod zakaz. Po kilometrze spotykam robotników - szok! Jest 17 a oni wciąż pracują. Pytam czy przejadę, mówią że raczej tak, ale kolejna ekipa będzie wiedziała czy na pewno. Drudzy potwierdzają, ale proszą o spokojną jazdę, gdyż część tłucznia nie jest jeszcze utwardzona przez walce.
Gdy dojeżdżam do tej nieutwardzonej części robi mi się gorąco, tak źle się jedzie. Motocykl lata we wszystkie strony, dodatkowo słabo widać gdzie nawierzchnia mogła by być lepsza gdyż jadę przez las. W końcu znajduję ubity skrawek drogi przy jej brzegu i spokojnie pokonuję resztę remontowanego odcinka.
Wjazd w Bieszczady
Do Cisnej dojeżdżam po 18 i od razu kieruję się do noclegowni "U Mirosławy". To jedno z miejsc gdzie telefonu nie odbierali.
Znajduję pokój za 40PLN i jestem szczęśliwy. Co prawda w środku tylko 12C, ale kaloryfer, koc i browar szybko poprawiają odczuwalną temperaturę. Mogę planować rozrywki na sobotę!
klasyk w Bieszczadach
Był to długi dzień, trasa zajęła mi równo 9 godzin. Przejechałem 440km.

Zapis trasy

czwartek, 5 października 2017

Początek motocyklowych ostatków

Jak co roku z nadejściem października zaczynam się oswajać z myślą, że sezon dwóch kółek się zbliża do końca. Z oswajaniem się z tą myślą dodatkowo nie pomógł tragiczny pogodowo wrzesień.

Dlatego gdy tylko prognoza zapowiada suchy dzień staram się zaplanować jakąś rundkę.
Taka okazja się nadarzyła na początku tego tygodnia - środa zapowiadała się nie dość że sucho, to jeszcze dość słonecznie.

Zastanawiając się gdzie pojechać pomyślałem, że fajnie było by odwiedzić Wisłę i przekonać się jak wypada jesień w górach. Początkowy pomysł z Wisłą wyewoluował do trzystukilometrowej rundki przez odrobinę Czech i troszkę większy skrawek Słowacji.

Po szybkim dotarciu do Wisły skierowałem się na Istebną i dalej na Jaworzynkę. Na samym końcu tejże postanowiłem zajechać do punktu w którym spotykają się granice Polski, Czech i Słowacji. Tzw. trójstyk granic

trójstyk granic w Jaworzynce
Następnie wskoczyłem do Czech kierując się jednak prosto na Słowację. Celem była droga 520 i kilkukrotne jej przejechanie (winklowanej części). Niestety październik to październik i na 520 okazało się że jadę w chmurach w okrutnym chłodzie. Założenie grubych rękawic nie pomogło, pod koniec drugiego przejazdu zaczęło mną telepać. Postanowiłem kontynuować jazdę, by jak najszybciej znaleźć się na niższych wysokościach (i w wyższych temperaturach).
W tym celu skręciłem w stronę Polski i już za Ujsołami/Rajczą poczułem że temperatura rośnie. Powoli zacząłem kierować się w stronę domu, ale po swojemu, czyli wciąż unikając szybkich dróg i troszkę błądząc. Delikatne błądzenie zmieniło się w kompletne, gdy bateria w telefonie mi wysiadła. Był to znak, że trzeba się przeprosić z jedynką koło której akurat przejeżdżałem i szybko cisnąć dodum.
W sumie w ciągu nieco ponad 5 godzin pokonałem 300km, maszyna spisała się wzorowo, na koniec zaskakując nikczemnie niskim spalaniem 3.79 l/100km

Po drodze (na Słowacji) wpadła garść piątek :)

pierwsza magia liczb po przekręceniu licznika (oraz pierwsze foto "nowego" czasomierza na kokpicie)

czwartek, 28 września 2017

Grzebanie przy maszynie rok 2017

W fotograficznym skrócie

1. Gaźniki (niepotrzebnie rozebrane, ale ubaw był)
jeszcze zamontowane, jedna z kilku fot by wiedzieć jak poskładać i co do czego podpiąć ;)

gaźniki zdjęte, króćce ssące też (do wymiany). Rolgaz takoż

Pierwsza usterka (i ostatnia) - grzałka podgrzewająca gaźnik nr 2 rozpada się (posklejałem)

gaźniki na stole plus oprzyrządowanie. Z czasem narzędzi było 3x więcej...

otwarcie komór pływaka i zdziwko - za czysto! (czyt. nie trza było rozbierać!)

ale skoro powiedziało się a, trza powiedzieć beee. gaźniki rozebrane. Jedyna rzecz której nie zrobiłem to rozpołowienie poszczególnych gaźników.

nowe króćce ssące!

stare króćce ssące :(

Po poskładaniu gaźników do kupy (i wcześniejszym zgrubnym ustawieniem poziomu paliwa na pływakach) zamontowałem gaziory nazod, zalałem benzyną i odpaliłem. Zagadał!
Jako że nie mam osprzętu do synchronizacji udałem się po pomoc do profesjonalisty i na następny dzień odebrałem pięknie gadającą XJ

koniec!
Cała naprawa trwała dobre 2 tygodnie, było w tym trochę bawienia się przy czyszczeniu, trochę czekania na części, trochę szukania zamienników do niedostępnych części.

Oczywiście w swoim stylu, nie pofatygowałem się sprawdzić zaworów (mimo iż po zdjęciu gaźników był do nich łatwy dostęp). Trzeba tam będzie zajrzeć w przyszłości.


2. Opony
Dotąd wymieniałem opony zawożąc je, oraz motocykl do mechanika. Tym razem w ramach zaoszczędzania kasy (60pln) oraz mechanicznej gimnastyki sam ściągnąłem koła i zawiozłem je razem z nowymi gumami do specjalisty. Kusząca była by opcja zrobienia wszystkiego samemu, ale bez garażu raczej niewykonalna :/

chyba czas na zmianę... (tył)

stabilne toto nie jest na swych trzech nogach :|

nic tylko śmigać! (przez pierwsze 200km ostrożnie ;)

jest co zjeżdżać :)
Tył mi "wystarczył" (tak naprawdę zasługiwał na wymianę już w połowie sezonu) na 36kkm.
Dopiero po założeniu nowych kapci poczułem jak motocykl się powinien prowadzić.
Dodatkowo zniknęły coraz dokuczliwsze shimmy.
Opony przez internet - komplet Michelin Pilot Activ za 663pln, rozmiar fabryczny (dokładnie ten sam model co poprzednie)

Wymiana była też dobrą okazją by sprawdzić łożyska w kołach i wyczyścić oraz dokładnie nasmarować wszystkie elementy wokół kół.

Jedna rzecz o której warto po założeniu kół pamiętać to sprawdzenie czy hamulce działają.
Po ściąganiu zacisków mają one to do siebie że zanim zaczną działać trzeba kilka razy klamkę i pedał nacisnąć.
Szczęśliwie dla mnie wyjeżdżając od rodziców nie musiałem nagle hamować, bo było by kiepsko ;)

wtorek, 8 sierpnia 2017

Hattrick!

Trzeci dzień z rzędu udaje się przewietrzyć maszynę. Pogoda wciąż dopisuje - nie za zimno, nie za ciepło. Jedyny minus to bardzo mocny wiatr, który niestety będzie mi towarzyszył cały dzień.

Dzisiaj ruszam na północ od Tarnowskich Gór (okolice miejsca gdzie wczoraj skończyłem) i odwiedzam przeróżne pałace.

Jako że start dość daleko docieram tam autostradą, i muszę przyznać że XJ z dłuższą owiewką przy wietrze nie spisuje się za dobrze. Hałas, turbulencje powietrza na wysokości szyi, i podmuchy po każdym wyprzedzeniu tira. Mój sprzęt nadaje się raczej do spokojnego pyrkania do 110km/h bocznymi drogami. Autobana to nie jego żywioł.

Docieram jakoś do Tarnowskich Gór i zaczynam zwiedzanie od Zamku Tarnowice Stare (od nazwy dzielnicy) zwanego również Zamkiem Wrochema (od nazwiska fundatora). To dość duży kompleks składający się z pałacu, budynku z hotelem, gospody i jeszcze jednego budynku. Gospoda i pałac były zamknięte, hotel mnie nie interesował, więc po kilku fotach pojechałem dalej.

Pałac

Atrakcje ;)

Hotel

też hotel
Po kilku chwilach dojechałem do Rybnej i znajdującego się tam pałacu. Rozważałem przystanek na kawę, niestety żadnej gastronomi obiekt nie posiada, więc po raz kolejny po obfoceniu pojechałem dalej.

Pałac Rybna
Trzeci dzisiejszy przystanek był ostatnim miejscem które już kiedyś odwiedziłem. Był to kompleks pałacowy w Brynku. Składa się z dużego pałacu (wg mnie porównywalnego z pszczyńskim) w którym mieści się internat  i stołówka Technikum Leśniczego, oraz dziwnej konstrukcji w której siedzibę ma lokalne gimnazjum.
Więcej w opisie zdjęć

Pałac od strony parku. Budynek w dobrym stanie, ale obejście dość zapuszczone.

Pałac od strony zamku, po lewej widać kaplicę przypałacową połączoną z głównym budynkiem

Front. 

Po prawej budynek gimnazjum, po lewej część mieszkalna.

Wieża (podwójna) z bramą wjazdową, spinająca sąsiednie budynki
Dalej czekała na mnie bardzo przyjemna droga z Tworóga do Koszęcina - jest co prawda okrutnie prosta, ale biegnie przez sosnowe lasy, które nie dość że dają osłonę od wiatru, to jeszcze urzekająco pachną.Trochę żałuję że się tam nie zatrzymałem na chwilę, ale powstrzymywało mnie pragnienie kawy, które liczyłem że zaspokoję na kolejnym przystanku.

Liczenie się opłaciło, gdyż w Pałacu w Koszęcinie kawę dostałem. Mieści się tam siedziba Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk. Dzięki temu sam pałac jak i otoczenie są dobrze utrzymane (chociaż kolor budynku nie do końca do mnie przemawia). Kawa też była dobra (a kolor przemawiał)

Front

Pałac od strony dziedzińca

Samoyebka z twórcą zespołu

Panorama z dziedzińca
Po kawie i ciasteczku miałem siły kontynuować eksplorację. Następny na celownik poszedł Lubliniec z zamkiem.
Zamek Lubliniec. Porządny hotel, jednak dla mnie za sterylny.

Z Lublińca szybko się zebrałem do Kochcic zobaczyć tamtejszy szpital, który mieści się w pięknym pałacu. Z tym pięknym trochę przesadzam - budynek zasługuje na porządny remont, ale wiadomo jakie są na to szanse, gdy gospodarzem jest szpital.

Od zaplecza (czyli tam gdzie ręczniki się suszy)

podjazd od frontu

Front z parku
Zdjęcie sferyczne


Z Kochcic pojechałem jeszcze kawałek na północ do Patoki - z przekonaniem graniczącym z pewnością, że znajdującego się tam pałacu nie zobaczę. Guglowski streetview sugerował że teren jest prywatny, ogrodzony i niedostępny. Po upewnieniu się co do niemożności, zawitałem do sąsiedniego Sierakowa Śląskiego zobaczyć rozkradany i niezabezpieczony pałac, któremu bardzo brakuje troskliwego właściciela :/

Front i zachodnia pierzeja

Widok od strony parku - część okien na parterze i w piwnicy wybita - można wejść do środka.
Następnie zacząłem powrót w stronę Rybnika, czyli jazdę na południe. Przede mną ostatni punkt wycieczki - pałac w Gwoździanach. Od razu widać różnicę jaką robi odpowiednie zabezpieczenie budynku przed niepowołanymi gośćmi - cały parter ma zamurowane okna, oraz zabezpieczone drzwi.
Zakładając że ma niecieknący dach może w takim stanie trwać zdecydowanie dłużej niż jego kolega powyżej.

Front od strony parku

Pałac z tyłu
W Grwoździanach sprawdziłem ile mam do domu i wyszło mi że równe 70km lotem ptaka. jako że opcja lotu w wypadku XJ odpada postanowiłem wracać na kołach.

W ciągu dnia zrobiłem 241km i poza dokuczliwym wiatrem było świetnie.
Poniżej mapka trasy.


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Szybka powtórka z wczoraj z dodatkami.

Strasznie mnie swędziało, by odwiedzić miejscówki ominięte podczas wczorajszej wycieczki. Jako że pogoda była równie ładna co w niedzielę z samego rana wyruszyłem zwiedzać.

Pierwszy przystanek był jednak poza śladem wczorajszej eskapady. Na celowniku wylądowało kędzierzyńskie kuriozum - syfon rzeczny w nurcie Kłodnicy. Jest to przepust pod Kanałem Gliwickim którym poprowadzono rzekę. Powstał podczas budowy Kanału, tuż przed II wojną światową. Na miejsce można dojechać, chociaż "droga" raczej "dakarowa".

po lewej Kłodnica, na wprost Kanał Gliwicki

Kłodnica wypływa z syfonu
Zdjęcie sferyczne atrakcji


Zadowolony z tego że udało mi się zobaczyć jeden z dwóch w polskich "skrzyżowań" cieków wodnych, skierowałem się w stronę Ujazdu.

Zanim tam dotarłem poszedłem na spacer po pozostałościach Byłego Obozu Koncentracyjnego w Sławęcicach.

wejście

plan pododdziałów obozu


schron niedaleko obozu
Po zwiedzeniu pozostałości obozu ruszyłem dalej mając nadzieję że ponure myśli zostaną rozwiane przez kolejne atrakcje.

A tymi miały być pozostałości Zespołu Pałacowego w Sławęcicach. Wczoraj nie udało nam się trafić do nich wystarczająco blisko (oraz za bardzo nie wiedziałem od której strony najłatwiej do nich dotrzeć). Dziś było inaczej.
Najpierw trafiłem w okolice dziwnego pałacyku.

Pałacyk - bliżej się nie dało bez wchodzenia chłopu w szkodę
A potem po krótkim spacerze na żałośnie skromne pozostałości zespołu pałacowego

kiedyś było co oglądać

dziś niewiele :/
Tak, to wszystko co pozostało z pałacu. Po kilku powojennych pożarach ruinę rozebrano w latach siedemdziesiątych.

W tym momencie skończyłem podążać wczorajszymi śladami. Skierowałem sie dalej na północ w kierunku kilku zapisanych lokalizacji.

Zanim jednak kolejny pałac, krótka przerwa dla sponsora wycieczki ;)


Po pitstopie fotograficzno-popasowym pojechałem do Błotnicy Strzeleckiej.
Znajdujący się tam pałac jest podobnie jak okalający go park lekko zapuszczony. Niestety nie posiada nawet tablicy z rysem historycznym. Wygląda dość mizernie (choć szczęśliwie nie grozi mu zawalenie).

Pałac Błotnica Strzelecka
Kilka kilometrów na południe odwiedziłem w Kotulinie pałac w którym znajduje się szkoła podstawowa.

Widać jak na dłoni jak bardzo Pałac w Kotulinie zainspirował amerykańskich budowniczych wahadłowców ;)
Następnym przystankiem był Toszek. Zdecydowanie najładniejsza i najbardziej imponująca budowla w dniu dzisiejszym.
Kilka lat temu odwiedziłem zamek razem z Kubą, była więc okazja porównać stan atrakcji. Zmieniło się niewiele, poza tym że w poniedziałki kawiarnia nieczynna, co zmusiło mnie na popas udać się na rynek.

Brama od dziedzińca

Baszta

Brama z fosy
Zdjęcie sferyczne

Po szybkiej kawie na patelni jaką się okazał toszecki rynek udałem się do sąsiednich Kotliszowic, gdzie niestety odbiłem się od płotu podczas próby zwiedzenia ruin tamtejszego pałacu.

Dalej odwiedziłem Wielowieś, gdzie Urząd Gminy mieści się w ładnie odnowionym dworku.
Budowla jest o tyle dziwna, że jest połączeniem dwóch nie do końca pasujących budowli.

część prawa

część lewa
Otoczenie to bardzo ładny park z małym placem zabaw, mnóstwem trawy i starych drzew.
Kolejnym celem była Kopienica i kolejna szkoła podstawowa. Budynek był jednak na tyle normalny że tylko zerknąłem i bez zsiadania i fotografowania pojechałem do sąsiedniej wsi - Łubi.
Tam odbiłem się od bramy zamkniętego Domu Pomocy Społecznej. Służy on ludziom chorym psychicznie. Sam budynek przed końcem ubiegłego stulecia został gruntownie wyremontowany.

To był przedostatni punkt dzisiejszej wycieczki, oraz początek przemieszczania się na południe.

Ostatni przystanek to szpital w Kamieńcu. Pięknie położony na wzgórzu pałac z ładnym parkiem od strony północno-zachodniej. W parku, spośród bardziej lokalnych okazów, wyróżniają się imponujących rozmiarów tulipanowiec amerykański oraz miłorząb.

wejście

tył

od strony parku

tulipanowiec amerykański

Po tym przystanku przyszedł czas na powrót. Jako że było po 15 odpuściłem sobie przebijanie się przez Gliwice, i wróciłem do Rybnika autostradą.

W sumie pokonałem 182km i wciąż mi mało. Mam wrażenie że jutro ciąg dalszy...